KRYSTYNA CHOJECKA - Pan Ludomir i Brat Albert |
||
|
Wyruszyli do boju od rodzin,
by wyzwolić znów ziemie najdroższe, lecz ponownie wróg w serce ugodził tych, co ludzi kochali i Polskę, bo upadło kolejne Powstanie pod obcasem i szablą i knutem! Pozostały mogiły nieznane I sieroty i wdowy i smutek. Uskrzydleni tłumionym marzeniem Swoje życie złożyli na szali... Wielu padło, jak pokos na ziemię, a Im jednak los życie ocalił. Pan Ludomir pozostał bez dłoni, a bez nogi był Adam Chmielowski. Oni patrzeć nie mogli spokojnie na cierpienia Narodu i Polski. Długie lata samotnie cierpieli, bo ich życie goryczą poiło, ale dalej żyć przecież musieli, chociaż wcale to łatwe nie było. Pracowali i żyli najprościej, lecz w historii Narodu przetrwają, bo ich dzieła, tworzone z miłości, przemawiają do ludzi, wzruszają... |
KRYSTYNA CHOJECKA - Wierny ideałom |
||
|
Każdy człowiek swą przyszłość panuje
wyjątkową, niezwykłą, wspaniałą, ale Pan Bóg losami kieruje... Zło i Dobro wybrańców spotkało. Miał niezwykłe przeżycia Chmielowski od dzieciństwa do chwili odejścia. Żył w okresie bolesnym dla Polski zniewolenia; rozbiorów, represji... Ojciec ziemię pożegnał zbyt wcześnie, później matka odeszła do Boga i niewolę przeżywał boleśnie! Poszedł Naród uwolnić od wrogów. Wyniósł z domu wartości niezmienne, które Jemu wpoili rodzice wielką miłość do Kraju i ziemi i do ludzi, skrzywdzonych przez życie. Kiedy w Kraju wybuchło Powstanie, to bez lęku do boju wyruszył, choć Powstańcom groziło zesłanie i katorga w pustkowiu i głuszy... Z wrogą armią musieli się zmierzyć uzbrojoną, okrutną i krwawą! Wielu padło!... Zawarło przymierze z ziemią Ojców pobitą, lecz sławną! Byli wierni, do końca oddani ideałom największym, najdroższym!... Inni długo leczyli swe rany odniesione w potyczkach za Polskę. Wybuchł granat!... Chmielowski padł z koniem, rozszarpanym wybuchem granatu. Ranny w nogę, sam nie mógł się podnieść... Zaniesiono powstańca do chaty. Leżał w chacie ponurej i ciemnej. Miał gorączkę i rana krwawiła... Zakażenie groziło śmiertelnie!... Opatrunków; pomocy nie było. Obce wojsko znalazło młodzieńca. Amputacja, bez żadnych znieczuleń! Przy zabiegu nie krzyczał, nie jęczał, w końcu stracił przytomność od bólu. Był leczony w szpitalu więziennym zniewolony, bezradny kaleka, ale Pan Bóg los Jego odmienił... Mógł opuścić więzienie, wyjechać!... Później była nauka, podróże, pędzel, farby, palety, obrazy, lecz w Krakowie zamieszkał najdłużej by miłością obdarzyć nędzarzy. |
KRYSTYNA CHOJECKA - Po przegranej |
||
|
Kiedy nadzieje się rozwiały,
że wreszcie wolny kraj powstanie i w lasach groby pozostały powstańców dzielnych i oddanych, kiedy patriotów wywieziono, gdzie syberyjskie wieją wiatry, zaczęło tworzyć pewne grono przeszłości naszej piękne karty. Pisarze piórem utrwalali cierpienia Kraju przeogromne!... Inni obrazy malowali pod wpływem własnych, gorzkich wspomnień. Powstały nowe arcydzieła, żeby utrwalić przekonanie, że: Polska jeszcze nie zginęła i w pełnej chwale znów powstanie! Benedyktowicz i Chmielowski bywali często u Gersona i wyjechali później z Po1ski. Musieli wielki trud pokonać. W Monachium, w słynnej Akademii zgłębiali sztukę przy Gierymskich, tęskniąc do polskiej drogiej ziemi najmilszej sercu i najbliższej! Mieli problemów znacznie więcej niż inni zdrowi, silni młodzi, niż ludzie, którzy mieli ręce i na dwóch nogach mogli chodzić. Męczące stanie przy sztalugach, wyczerpujące do omdlenia... Tworzenie wizji bardzo długo w barwach i pięknych światłocieniach. Ponadto kieszeń pusta była, więc dosyć często głodni byli. Kiedy nauka się skończyła, do swej Ojczyzny powrócili. Benedyktowicz wśród malarzy Poznał przeróżne style, mody, lecz namalował moc pejzaży, pełnych zadumy i urody. I pisał wiersze o przyrodzie i o nadziejach zawiedzionych. Pracować musiał dużo co dzień dla siebie, dzieci i dla żony. Brat Albert znalazł inną drogę pełną wyrzeczeń i poświęceń, a później stanął przed Swym Bogiem, żeby otrzymać Łask najwięcej!.. |
KRYSTYNA CHOJECKA - Tworzył piękno |
||
|
Tworzył piękno na płótnach,
żeby dusze wzbogacać! Rzeczywistość okrutna wzrok od płócien odwraca i kieruje do nizin, gdzie brud, fetor jest w norze, gdzie nie umie żyć bliźni, albo wyżyć nie może. Pozostawia znajomych i tam idzie, gdzie nędza i z wysiłkiem ogromnym, ludziom siebie poświęca! Chciał najlepiej, jak umiał godnie Misję swą spełnić, bo cierpienie rozumiał, jak nikt z ludzi na ziemi. On w człowieku zobaczył Cud Boskiego stworzenia, choć Bóg tak Go doświadczył w trudach życia, cierpieniach, lecz obdarzył Go siłą, by nieszczęścia przytulić, choć niełatwo Mu było żyć i chodzić na kuli. Tym, co mieli najgorzej, bez jedzenia i domu, drzwi i serce otworzył, dał schronienie, dopomógł. Tych, co byli w potrzebie nic własnego nie mieli, wziął z ulicy do siebie, obmył, chlebem obdzielił... Posługiwał nędzarzom, z których życie ucieka i natchnioną Swą Twarzą, wnosił wiarę w człowieka! Był lekarzem w chorobach, opiekunem w potrzebie, więc zasłużył tu sobie na nagrodę, tam - w Niebie! |
KRYSTYNA CHOJECKA - Trzeba świętym się urodzić |
||
|
Ile trzeba człowieczeństwa,
żeby chorym biednym pomóc, być wrażliwym na nieszczęścia i żebraków nieść do domu? Ile trzeba mieć ludzkości, ile hartu wykazywać, i jak dużo mieć miłości żeby wrzody opatrywać? Kto się może zdobyć na to, by poświęcić innym siebie, gdy nagrodą i zapłatą przyszłe szczęście, kiedyś w Niebie? Trzeba świętym się urodzić, Bogu, ludziom być oddanym, żeby leczyć i łagodzić duszy, ciała blizny, rany. Trzeba widzieć znacznie więcej, mieć tak dobre i wrażliwe, i tak bardzo czułe serce i dwie ręce tak troskliwe... Trzeba znaleźć cele wzniosłe, wśród ulotnych z Nieba znaków, by przekreślić plany własne i zamieszkać wśród żebraków. Trzeba Duchem być natchnionym i wytrwałość czerpać z Krzyża, by tym ludziom zagubionym Życie Wieczne - Raj przybliżać! Głodnym biednym oddał wszystko, szukał ich na różnych drogach, a znał piękno, był artystą lecz w człowieku ujrzał Boga! |
KRYSTYNA CHOJECKA - Piękne życie |
||
|
Życie miał skomplikowane
miłość, przyjaźń i rozstania, losy trudne, pogmatwane, śmierć rodziców, pożegnania. Lecz to życie najpiękniejsze, jasne, godne i właściwe, pełne żaru, najpełniejsze, szczere, proste, sprawiedliwe! Miał Brat Albert trudną drogę, nosił w sercu krwawe blizny... Chciał wolności, stracił nogę, stracił zdrowie dla Ojczyzny. Lecz ta droga do zwycięstwa, jedną była do wyboru, patriotyzmu, czci i męstwa, i wierności i honoru! Burza uczuć nawałnicą rozrywała jego serce! Miał naturę romantyczną, kochał mocniej, cierpiał więcej! Wielki ogień go przeplatał, życia pieśń radosną śpiewał! ... Duszę smutek, żal zniewalał. Z Nieba dostał polecenie, być tam, gdzie się losy ważą, i pomagać z poświęceniem z nizin braciom swym, nędzarzom. Teraz wiodła prosta droga, tam, gdzie biedny bliźni czekał, którą można dojść do Boga w jeden sposób - przez człowieka! Niedościgłe wciąż marzenia, własne plany niespełnione, lecz czekają wciąż istnienia domu, pracy pozbawione. Trzeba działać, trzeba dawać własne siły, czas i siebie, ludzi karmić i uzdrawiać, a tu tylu jest w potrzebie! I spełnienie aż do końca posłannictwa tak wielkiego! W mrokach nocy w blaskach słońca wierna służba dla bliźniego. I nadeszło ukojenie w gronie Boga i Jezusa! Kochał Boga, ludzi, ziemię... Tym uświęcił Swoją Duszę. |
KRYSTYNA CHOJECKA - Szukałeś natchnień |
||
|
Szukałeś natchnień do swych obrazów
wśród bogactw bujnej przyrody, pewnego rysu tła i wyrazu pełnego prawdy, swobody! ... Znalazłeś ludzkie różne postawy, uczucia, cele, przeżycia. Wśród ludzi z nizin, dla Wielkiej Sprawy znalazłeś godny cel życia. Szukałeś Boga w Cudzie Stworzenia i gdzieś wysoko, na niebie, lecz Go znalazłeś w krzywdzie, w cierpieniach, w duszach swych bliźnich, u siebie. Na ziemi piękną Misję spełniłeś. Kochałeś wszystko i wszystkich! Ciała i dusze z chorób leczyłeś. Byłeś nędzarzom tak bliski! Szukałeś domu, szczęścia ziemskiego na ludzkich ścieżkach i drogach a dostąpiłeś Szczęścia Wiecznego, Niezniszczalnego, u Boga! Wśród zmiennych losów i w przeciwieństwach, w zdarzeniach niezbyt lirycznych, stałeś się Wzorem Praw, Człowieczeństwa! Dziś jesteś w Raju prześlicznym! |
KRYSTYNA CHOJECKA - Ty nie odszedłeś... |
||
|
Ty nie odszedłeś Wspaniały Bracie,
choć dom zmieniłeś. Teraz wyglądasz trochę inaczej, odmiennie żyjesz, Na pewno masz Tam obie ponownie i zdrowe nogi i chodzisz pewnie, lekko swobodnie gdzie Boże drogi! Tylko pozornie, przez Swe odejście zmieniłeś Postać, by tu, gdzie cisza, spokój i szczęście duszą pozostać. Żeby swobodnie i lekko płynąć w spokojnym wietrze, między górami, ponad doliną, w czystym powietrzu! ... Choć Wolą Boga, z Jego wyroku odeszło Ciało, lecz Twoje Dzieło w treści głębokie wśród nas zostało. Została Wiara i poświęcenie, miłość bliźniego, która odmienia ludzi i ziemię, chroni od złego! Możesz już teraz, gdzie tylko zechcesz wszędzie przebywać, a Twoja dusza jest już nareszcie wolna, szczęśliwa!... Przelałeś płomień czystej miłości w ludzkie stworzenie. W Pełnej, Prześlicznej, Bożej Światłości masz ukojenie!... |
KRYSTYNA CHOJECKA - Bracie Albercie |
||
|
Bracie Albercie, wspaniały Wzorze
szlachetnej, godnej, ludzkiej postawy, może i dzisiaj też nam pomożesz rozwiązać nasze niełatwe sprawy. Odszedłeś od nas po wypełnieniu Misji tak ważnej i tak niezbędnej, lecz nie ubyło trudnych problemów w rzeczywistości naszej codziennej. Wprawdzie już nie ma biednych z przymusu, bo wielu pewną sumę dostaje, lecz nie brakuje takich, co dusze gdzieś zagubili na dróg rozstaju! Są wyrzuceni starsi, bezdomni, którym wśród bliskich zabrakło miejsca, którzy odchodzą z żalem ogromnym i niosą ciężar łez i nieszczęścia! Są niedołężni, pozostawieni pośród złych ludzi na pastwę losu, którym tak ciężko żyć na tej ziemi, którym świat zdrowych nie daje głosu. Panuje zawiść i znieczulica. Są tacy, którzy bezbronnym szkodzą! Niektórzy mają po dwa oblicza i oszukują, tumanią, zwodzą... Sprzedają dusze podstępnym mocom. Idą jak ślepi na zatracenie!... W dzień są napady, nie tylko nocą. Zło ma w swej władzy narody, ziemie! Dziś Twoja pomoc by się przydała. Może Twa Dobroć ten świat ogarnie, by uratować nie tylko ciała, ale i dusze, co giną marnie. Masz teraz władzę większą niż kiedyś. Możesz się z prośbą do Boga wstawić, by świat ocalił od nieszczęść, biedy żeby chciał ludzkość obronić, zbawić. Spraw, żeby ludzie z otwartym sercem byli dla innych jak chleb na stole, by mieli hojne, troskliwe ręce... Żeby Bóg ulżył ludziom w niedoli. |
S. ASSUMPTA FARON - Inwokacje Jubileuszowe |
||
|
Święty Bracie Albercie
Ojcze biedaków, spoglądaj często z nieba na Polskę, na "nasz Kraków!" Ucz nas zawierzyć Bogu, który nas zapewnia, że Jemu służymy w człowieku; w każdym człowieku, choć nawet w człowieczeństwo jego trudno uwierzyć... Dopomóż nam kochać bliźniego aż do bólu rąk utrudzonych; zdejmij zasłonę z ócz naszych, niech dojrzą znieważone Oblicze Boga i nie odwracają się od upadłego brata... Pomóż, Artysto w siermiędze, byśmy serc nie wietrzyli z zapachu nędzy; by miskę strawy i kromkę chleba nasze dłonie wręczały ogrzane miłością... Bracie naszego Boga w człowieku, ucz nas pojmować sens posługi biedakom żyjącym pod Bożym niebem; byśmy naprawdę byli chlebem i tak jak Chrystus, dawali siebie... Święty Bracie Albercie, wstaw się za nami w niebie! |
S. ASSUMPTA FARON - Znieważone Oblicze Boga |
||
|
Noc... rozdzwoniły się krople deszczu o szyby,
długimi strugami spływają, zimne łzy wylewają, jakby ktoś nagle zapłakał ... może Bóg nad światem? W taką noc sen nie przychodzi spłoszony łzami, wizją cierpienia, krzykiem bezradnej rozpaczy. Co to wołanie znaczy? Trzasnęły drzwi, śpieszne kroki przerwały nocną ciszę. Przez łez zasłonę ledwie widoczna postać człowieka;. oparty o mur na kogoś czeka. Bracie... silne ramiona oplotły go czułym gestem. Chodź - ze mną... bratem ci jestem. Rozmazują krople deszczu światło ulicznej latarni, tłumią echo kroków na bruku. Chrystus cierpiący wsparł się na ramieniu człowieka. Jedna odtąd powiedzie ich droga przez zaułki nędzarzy, gdzie Brat Albert rozpoznał w ciemności Znieważone Oblicze Boga. |
S. ASSUMPTA FARON - Okruch chleba |
||
|
Jak Ty to robiłeś,
Święty Bracie Albercie, że byłeś dobrym jak chleb, że umiałeś dawać siebie bez reszty dla biedaków...? Zadziwiłeś Kraków, wprawiłeś w osłupienie nobliwych obywateli; wielkie damy w salonach protestowały: " - Porzucił sztukę ... dla opuchlaków...! ......nie miał prawa... to zdrada..!". Idę ulicami /tymi samymi/ w zimowy ranek ... śnieg pada... w rozdeptane błoto lecą płatki śniegu nieskalaną bielą... Pod murem kobieta z małym dzieckiem w ramionach... nie ma już nawet siły, by błagalnym gestem wyciągnąć rękę... płatki śniegu na twarzy pokrywają udrękę i topnieją wolniutko delikatną pieszczotą ... Kraków...ludzka niedola ... płatki śniegu ... i błoto ... Jak Ty to robiłeś, Święty Bracie Albercie, żeby być chlebem tutaj, pod polskim niebem ... Ojcze nędzarzy ...? W zaułku ulicy przystaję... Jak Twoja obecność, dosięga mnie zapach chleba... mały chłopiec zbiega schodkami z rumianym bochenkiem w dłoniach; zakłopotany, podrzuca go niezdarnie, bo parzy mu ręce... chleb jest świeży i dobry... Cóż mogłeś dać im więcej? Nie potrafię jak Ty dla wszystkich być bochnem chleba, by każdy głodny, łaknący mógł wziąć ile mu trzeba... Na rynku pod pomnikiem chmara gołębi spłynęła na ziemię; ktoś sypnął garść okruchów litościwym gestem... patrzę jak dziobią łapczywie... A ja co daję...? czym jestem...? Ludzie są jak ptaki... by wznieść się do nieba, trzeba im gestów dobroci, przyjaznych słów, uśmiechu... Tak mało nieraz potrzeba - kilka okruchów chleba, zauważenia w tłumie, spojrzenia prosto w oczy... Święty Ojcze ubogich! Pomóż mi być okruchem Twojego dobrego chleba. |
S. ASSUMPTA FARON - W rocznicę śmierci św. Brata Alberta |
||
|
Śnieg...puszysta biel...
tak cicho i tak uroczyście. Wszystko jest bielą, ciszą i pokojem. Lata minęły...a może wieki...? świat nagle taki daleki, odpływa powoli...powoli... życie się tli ostatnią iskierką, jeszcze trwa...boli...
Zmalało wszystko
Trzeba serce wytężyć,w tej ciszy, sens się odmienił, proporcje już nie te, K t o ś zamalował paletę... nieważne sprawy... brzeg się oddala we mgle...we mgle... w głąb spojrzeć aż do dna w ciemność gęstniejącą; zadymka...śnieg... tak blisko drugi brzeg.
Nagle myśl jasna
Łza wzbiera pod powieką,jak błyskawica, serce boleśnie się ściska: nędzarze...zostaną... biedacy z przytuliska! Kto chlebem ich nakarmi, ramieniem bratnim otoczy? spływa powoli po twarzy... W nabrzmiałą ciszę głos dzwonów się wdziera śpiewny. Wśród światłocieni, barw nasyconych, przepromienionych blaskiem K t o ś schodzi, spływa, gestem przyzywa; czyjeś najtkliwsze tulą ramiona... czoło M u cierniem wieńczy korona, pierś od powrozów nabrzmiała w pręgi... Brat Albert patrzy jak urzeczony: E c c e H o m o ! Umilkły dzwony krakowskich kościołów, tylko śnieg sypie nieskalaną bielą. Puszyste płatki drogę mu ścielą, a on stąpa tak lekko, wyżej...wciąż wyżej, aż do bram nieba... Na ziemi śnieg pokrył wszystko. Ktoś w przytulisku drzwi otwarł na oścież i zgłodniałym ptakom sypnął okruchy chleba. |
S. ASSUMPTA FARON - Kanonizacja Brata Alberta |
||
|
Wynieśli Cię na ołtarze
Artysto w szarym habicie i stoisz zawstydzony, opromieniony chwałą... Patrzę na Twoje życie, utrudzony Pielgrzymie stromych ścieżek do nieba, z: szablą, paletą, kromką chleba, z sercem na dłoni. Pochylasz się nad nami przekazując orędzie: M I Ł 0 Ś Ć - zawsze i wszędzie! Patrząc dziś w Twoje oczy dostrzegam zatroskanie: czy ziemskie Twe dziedzictwo wśród nowych świata kolei wierne do końca zostanie? Czy nie ucieknie ze stromizny w doliny obfitujące, na szerokie gościńce, gdzie wody dostatek i chleba? Święty Ojcze ubogich - nachyl nam więcej nieba! |
S. AKWINA FILIPOWICZ - W przytulisku |
||
|
W Przytulisku na Krakowskiej
Na twardej pryczy drewnianej, W ubogiej zgrzebnej odzieży Leży Brat Albert Chmielowski. Gromada starców, nędzarzy Klęczy przy łożu i szlocha. Wszak już na zawsze odchodzi Ten, co jak Ojciec ich kochał. Ten, który życie swe całe Poświęcił ludzkiej biedocie, Co karmił chlebem zgłodniałych I łzy osuszał sierocie. Już nie podniesie się więcej, Nie przyjdzie do Przytuliska I w sercach już nie rozpali Ciepłej miłości ogniska. Nagle zastygłe źrenice Na nowo się ożywiają I dobre niebieskie oczy Na dzieci swe spoglądają Nie płaczcie, Bóg będzie z wami! On zginąć wam nie pozwoli! Tylko ufajcie niezłomnie Najświętszej Jego woli. Szare Siostry i Bracia W Boga i moim imieniu Nieść będą miłość, pociechę I pomoc w biedzie, cierpieniu. |
BEATA OBERTYŃSKA - Brat Albert |
||
|
Habit miał szary i sztywny,
przetyczką drewnianą spięty - w spojrzeniu jasność dziecięcą, dobroć i ciszę - jak święty. Na wóz się wdrapał z trudnością, bo jedną miał nogę drewnianą i ruszył sobie na Kraków w jesienne, jasne rano. "Dla biednych zbieram, dla biednych, dla najbiedniejszych w mieście. W przytułku mam chorych i głodnych, więc datki, najmniejsze choć, nieście. Co łaska. Za wszystko - Bóg zapłać, za strawę, odzież czy grosze. Dla biednych zbieram, dla biednych, na litość Boga was proszę". I wołał tak z wozu do ludzi a oni, śmiejąc się skrycie, łokciami się trącali - "To jakiś wariat. Widzicie?" Już słońce wyszło wysoko i skwar wrześniowy doskwierał - Brat Albert, choć ciągle rosił, niczego nie uzbierał. Szkapina już ledwo ciągnęła dudniący wózek po mieście, gdy na Szczepańskim placu znaleźli się nareszcie. Ogarnął ich gwar i słońce, ruch, szum i zamęt rynkowy. Tłum się przelewał dokoła, krzyczący i kolorowy. Brat Albert stanął na wozie, a głos nad gwarem precz leciał, gdy mówił o nędzy w przytułku, o głodnych chorych i dzieciach. Pokorą wielką uparty, a miłosierdziem natchniony, żebrał tak ludzkiej litości dla głodnych i opuszczonych. A z placem coś nagle się stało - jak gdyby malin ktoś miską potrząsnął silnie, czy jakby kij raptem wetknął w mrowisko. Pozwały się baby pstrokate, od koszów, jarzyn i krup, i niosły co która mogła, ta chleb, ta ser, ta drób. I dudnił wózek drewniany, gdy weń sypano ziemniaki i lśniły łyse kapusty, marchew, ogórki,- buraki. Słoniny dostał dwa połcie i jagły ziarniste i złote - "A naści, a bierz kwestarzu, nakarm tę twoja biedotę". Dziękował jak tylko umiał radością jaśniał i rósł. A za nim od hojnych datków kwestarski piętrzył się wóz. Więc pożyczyli mu inny i konia zaprzęgli do szkapy, bo darmo prężyła szleje i rozdymała chrapy. Aż wreszcie gdy odjeżdżał, na workach krup i kasz, szary, pokorny, wdzięczny, ku niebu wznosząc twarz. Patrzyły za nim długo, patrzyły za nim w ślad, łzami wzruszenia błyszczące , oczy krakowskich bab. Dziś - jego wózek koślawy stoi gdzieś pewnie pod bramą niebieską i gwiazdami, jak gwoźdźmi, nabijaną. A święty kwestarz z nieba w dół patrząc z wysokości na dzieło swego życia, ofiary i litości, wspomina z rozrzewnieniem, jak to w Krakowie mieście wspomogły go przekupki w pierwszej ulicznej kweście. |
JADWIGA RADZYMIŃSKA - Litania do Brata Alberta |
||
|
Święty Patronie Powstańców,
Szary Bracie Albercie, w złocie wiecznej chwały módl się za wymierających kolegów z Powstania Warszawskiego co jedną jest walką z Twoim z roku 1863. Święty Patronie Powstańców Szary Bracie Albercie, w złocie wiecznej chwały módl się za malarzy i poetów aby ich dzieła dotarły do zmaterializowanych serc dzisiejszego świata, bo wieczny jest "Ecce Homo" i "Brat naszego Boga". Święty Patronie Powstańców Szary Bracie Albercie w złocie wiecznej chwały módl się za Warszawę, co nie przestawała walczyć, gdy panoszyły się w niej obce pomniki. Święty Patronie Powstańców, Szary Bracie Albercie w złocie wiecznej chwały módl się za niezłomnego ducha Naszego miasta, co wieczne i nieulękłe, przeszło przez Ogień i Śmierć by żyć wiecznie - Ecce Homo, Ecce Urbs, Ecce Patria. ("Nasza Rodzina" nr 4/1991.) |
S. AMBROZJA STELMACH - Śmierć Brata Alberta |
||
|
Wśród wielkiej ciszy Bożych Świąt,
Taki radosny i tak rzewny Na Anioł Pański bije dzwon I płynie echem modlitewnym. Dostojny Kraków pieśnią drży, świąteczne przywdział szaty, Świątynnym światłem cudnie lśni, Zasobny i bogaty. Nad miastem Boża radość drży... Lecz tuż nad Wisłą blisko, Płyną sieroce, rzewne łzy, Tam płacze Przytulisko. Tam płacze, szlocha biednych świat! Zastygły łzy na twarzy... Bo kona cicho Szary Brat, Ojciec bezdomnych nędzarzy. Płyną cichutko gorzkie łzy W bezradnej ich żałości, Zabraknie chleba, dachu nam, Zabraknie nam miłości... Brat Albert podniósł oczy swe, Z miłością wielką szepce: Bóg moją duszę mieć już chce, Lecz wam zostawi serce. Gdziekolwiek będzie habit mój, Jak ziemia jest daleka, Tam na was czeka serce me, Tam chleb i miłość czeka ! |
MARYLA WOLSKA - Brat Albert |
||
|
Dawno, w Zielone Święta
Na Zimorowicza, pod szesnastym, we Lwowie, Późne popołudnie. Czasem - coś się tak mocno spamięta, Czasem-- coś się tak samo opowie... W domu było pusto i nudnie, Mama miała ból głowy, Spuściła obie story i spała. Wszyscy się porozchodzili, Józia na nieszpory, Potem Tatko do cioci Mili, Potem Babcia na kawę do pani Błażkowej, Z Adasiem. Zostałam z lalkami, sama jedna na ganku. W koszyku, bez przestanku, Chrapała Katula, jak biały zarękawek Zwinięta. Cóż z tego, że były święta? Jeszcze w tym czasie pod nami, Nie mieszkali państwo Bełzowie. Jeszcze Adaś chodził w różowym ubranku, Jeszcze widok daleki, wesoły, Z naszego ganku . Na kopiec i wszystkie kościoły, Aż po cesarski lasek, Nie zarósł jak dziś, dachami. Przestrzeń aż za rogatki Widniała w słońcu niebieska, Na deskach skrzypiał szuwar i piasek, A u żelaznych balasek, Wedle zwyczaju, Więdły gałęzie maju... Podwórze cień już zaległ i tylko górą jeszcze jaśniały tynki. Słychać było granie katarynki, Ciepło biło od ścian, W konewce pływał chrzan... Siedziałam sama wśród lalek, W nowej sukience w kratki Od chrzestnej matki, Leoni, - I przez gałęzie drzewek, popod osłonę dłoni, Patrzyłam daleko, na miasto, Jak błyszczy Piaskowa Góra, Jak się iskrzy na ratuszu lewek... Biła godzina - wszystko jedno która! Stłoczeni w zielony kąt, Szklanym wzrokiem patrzyli także na miasto, Strojna Karolcia w chmurze loków blond - I gapił się wyłupiasto, Władzio przytulony do niej, Kochany, choć łysy do karku... Oboje, we dwoje, jadący parą koni W śmiesznym wózku spod Jura, Malowanym w gwiazdy i pstre pawie pióra... Kupionym na jarmarku, A dalej, w gali, czekali: Szarfą ze złotej lamy przepasan, Mój niewolnik, smagły arab Hassan, Własnoręczne arcydzieło Mamy - I Minka, z buzią drobniutką, Różową jak malina, lalka jeszcze mamina, Którą tylko w niedziele, czasami, Dostawałam do zabawy na krótko. Wtem, Nim się szczeknąć zechciało Katuli, Nim zjeżyła wszystkie białe włoski, Z przepaści schodów głębokiej Zasłyszałam kroki, Poznałam stukot kuli. Szedł pan Adam Chmielowski. Stukał drewnianą nogą, (Swoją utracił dawno w powstaniu...) Drugą, własną włóczył posuwiście, Szedł po schodach powoli, z ostrożna, Jak ktoś, co się z trudem pod górę, W za ciężkim ubraniu gramoli. On, na pewno...Do nas oczywiście. A tu w domu ze starszych nikogo! Przyszedł. Nie było rady. Mamy przecież budzić nie można... Gankiem, wzdłuż balustrady Wlókł kroki, brodaty, wysoki, Już z daleka uśmiechnięty miło. Więc grzecznie i odważnie Powiedziałam jak było. Malarzy się nie bałam. Każdy malarz był Tatka kolegą - Artysta! A pan Chmielowski malował - I to świętych przeważnie: Nawet Józia jednego razu, Uroczysta od rana, Siedziała mu biało ubrana, Do świętego obrazu... Rodzice zresztą, wiedziałam, Bardzo kochali pana Chmielowskiego, Więc i ja się nie bałam. - "Tatko już zaraz przyjdzie... Jak ładnie na dworze! Proszę usiąść...Kanapka jest czysta, Właśnie wczoraj szorowana... Tylko pewno za niska dla pana?" "Ale gdzie tam! lepsza być nie może!" I siadł ze sztywno wyciągniętą kulą, Między mną i lalkami, majem i Katulą... Mówiliśmy o tym i owym - I gdy tak słońce gasło niedzielne nad Lwowem, Nim ciepły wieczór domowe kąty zalegał, Nim w cień zapadły ganki i mezzanin I jeszcze wszystkie szyby poprzez majowe pręty Gorzały na przeciwko, Gwarzyli sobie wśród lalek, Uważna mała dziewczynka Z czarną po oczy grzywką I przyszły polski święty, Przychylny słońcu i dziecku, Jeszcze wówczas odziany po świecku - Brat Albert, franciszkanin ........ (Dzban malin, 1929) |